Woda powinna być źródlana a historia prawdziwa

Opublikowano April 23, 2014 przez   ·   Brak Komentarzy

Kiedy ktoś, ot choćby historyk, opowiada jakąś historię, szczególnie historię tzw. kontrowersyjną, burzącą utarte schematy myślenia, obalającą mity i przekłamania funkcjonujące w powszechnym obiegu, wywracającą na nice fałszywe klisze, proszony jest, albo wręcz żąda się od niego, aby podał źródła, które uprawniają go do takich opinii. Najlepiej z podaniem sygnatury. Inaczej nikt nie chce uwierzyć. Czasem bywa zupełnie odwrotnie. Historyk podaje źródła i sygnatury, pokazuje zdjęcia i ujawnia nagrania świadków. Wtedy odbiorca przygnieciony powagą sytuacji, widząc, że za nim już tylko ściana, zaczyna znowu marudzić. Eee tam, powiada, te dokumenty to pewnie fałszywki, w dodatku kilkakrotnie kserowane, zdjęcia to zwykły fotomontaż, a świadkowie to zapewne znudzeni frustraci, pałający żądzą zemsty alkoholicy lub psychole (od Rydzyka). Nie wierzycie? Spytajcie Sławomira Cenckiewicza.
Wróćmy jednak do sytuacji pierwszej. Historyk stawia hipotezy, ale nie ma twardych dowodów na ich udowodnienie tylko poszlaki. Piszę o tym dlatego, że fetysz posiadania źródeł do opowiadanej historii dotyka także czasem tak zacne i zorientowane osoby jak redaktor Henryk Piec, który namawia mnie ostatnio do prowadzenia portalu o roboczej nazwie “historia prawdziwa” czy jakoś podobnie. I ja przed redagowaniem takiego portalu się opieram, a już stanowczo sprzeciwiam się takiej nazwie. Oczywiście redaktor Piec mógłby tu wyskoczyć i powiedzieć, że ja zasadniczo się opieram i sprzeciwiam i w ogóle jestem trudny we współpracy, więc nic nowego pod słońcem. Sprawa jednakże jest poważna i ma znaczenie fundamentalne. Weźmy tę nazwę. Pisanie czegokolwiek pod takim szyldem sytuuje autora w gronie jedynych depozytariuszy prawdy, do których zaliczam wyłącznie świętych Kościoła Rzymskiego, lub reżyserów modnych ostatnio filmików parafabularnych, emitowanych, jak to mówił mistrz Wajda, w “zaprzyjaźnionej stacji i tej drugiej”, których bohaterowie przeżywają jakieś wstrząsające historie, kończące się zwykle hapyendem. Jakiemuś człowiekowi urwie nogę z kawałkiem miednicy, ale specjaliści z Chin wstawią mu taką protezę, że na olimpiadzie zdobędzie srebrny medal. Albo jeszcze inny ktoś ma tak olbrzymie długi, że nawet kredyty chwilówki nie wystarczają i już bierze linkę i idzie do lasu, szukając stosownej gałęzi, gdy nagle żona przybiega z informacją o wygranej w totolotku. Tak więc spłaca wszystkie długi, łącznie z tymi zaciągniętymi u mafii od chwilówek i jeszcze wystarcza mu na otworzenie budki z kebabem na dworcu. A nam przecież nie o to chodzi, nie dlatego, że mamy do opowiedzenia tylko lukrowane historyjki, jakieś tanie, sanacyjne romansidła lub równie wstrząsające opowieści, jak te z telewizji, ale kończące się jeszcze dodatkowo trzęsieniem ziemi i wybuchem supernowej. Tylko dlatego, że my opowiadając naszą historię, najczęściej nie mamy twardych dowodów. I każdy profesor uniwersytecki z wyższości swej katedry może tę naszą narrację zakwestionować, powołując się na wybitnych metodologów historii jak np. prof. Topolski, którego wielką cegłą, o takiej właśnie nazwie “metodologia historii”, katowało się studentów za moich czasów. Nie możemy zatem wchodzić na tak uklepany grunt. Nie możemy dać się wciągnąć w walkę na zasadach opracowanych przez przeciwnika. Bo w ten sposób nie wygramy. Ale też nie o takie zwycięstwo nam chodzi. Cóż z tego, że Sławomir Cenckiewicz ujawnił ponurą prawdę o Wałęsie. Ludzie obejrzeli film Wajdy i kwity z IPN u ich nie obchodzą. Jednakże pozostanie całkiem spora liczba tych, którzy nawet nie przeczytawszy książki Cenckiewicza, ale pamiętający działania Wałęsy jako lidera związku, a później prezydenta, nie będą mieli złudzeń, co do jego ponurej roli w historii najnowszej. I oni zgodziliby się z narracją profesora Cenckiewicza, nawet gdyby nie ujawniał dowodów, tylko napisał sobie amatorską książeczkę, na podstawie własnych refleksji i ogólnie dostępnych informacji. I to też byłaby książka prawdziwa i ważna, choć nie mogłaby zostać opublikowana pod szyldem, jaki proponuje redaktor Henryk Piec dla naszej inicjatywy.
Żyjemy w rzeczywistości, w której samo wejście do archiwum wymaga nie lada przygotowań i stresów, przy których występy w “mam talent”,” x factor” czy “rozmowach w toku” to mały pikuś. Żeby wejść do archiwum trzeba wstąpić do tajnego zakonu, przejść specjalne przeszkolenie w szkole przetrwania na tajemniczej, bezludnej wyspie pod okiem instruktora – mistrza, przebranego za afrykańskiego szamana, a na koniec, nocą, przy pełni księżyca z zamkniętymi oczami, wypowiedzieć magiczne zaklęcie w obcym języku, wspak. I nie myślcie, że coś zmyślam, albo jak zwykle szydzę. Tak właśnie jest. Mnie osobiście co prawda udało się wejść kiedyś do archiwum w Gdańsku, a to za sprawą mojego kolegi, który pisząc pracę magisterską o Cyganach, musiał z archiwum skorzystać i takie właśnie przeszkolenie przeszedł. Ponieważ nie chciał wejść tam sam, dopisał naprędce moje nazwisko na swoim kwicie, który mu wystawił jego instruktor. Musiał to jednak zrobić nieudolnie, bo pani archiwistka przyglądała mi się cały czas nieufnie, wyczuwając intuicyjnie, że jestem intruzem, który wtargnął w ten święty przybytek podstępem i go kala. Jakoś jednak udało mi się pozostać tam do końca i miałem wtedy jedyną możliwość obejrzenia prawdziwych archiwaliów dotyczących ludności cygańskiej w Gdańsku. Ponieważ były to w większości wycinki z gazet trójmiejskich, poprzyklejane na jakimś kolorowym bloku technicznym, straciłem zainteresowanie, aby samemu odbyć stosowne przeszkolenie uprawniające do wejścia do archiwum. Poprzestałem na zwykłych bibliotekach, gdzie jeszcze można wejść tylko za okazaniem dowodu. Tam przynajmniej dają do poczytania stare gazety w całości.
Można jeszcze zastosować wariant docenta Kosseckiego. To były współpracownik Stanisława Tymińskiego, wiceszef słynnej partii X, za komuny współzałożyciel tajnej Ligi Narodowo – Demokratycznej, a tak w ogóle propagator tajemniczej dziedziny wiedzy zwanej socjocybernetyką. Opublikował wiele książek i artykułów i ja niektóre te książki czytałem, niektórych jeszcze nie dałem rady i może kiedyś coś tam o nich napiszę. Docenta Kosseckiego można sobie posłuchać na jutubie jak opowiada tam różne historie według swojej narracji, ale najważniejsza dla naszych rozważań kwestia, to źródła. Kossecki także szczególnie admiruje historię opartą na źródłach, szczególnie tych wytworzonych przez siebie. Wyciąga zatem jakieś gazetki, które redagował w latach 60. i publicznie stawia pytanie czy IPN posiada ich egzemplarze czy nie. A jeśli nie, to czemu ośmiela się opisywać historię PRL u, będąc pozbawionym tak cennych źródeł, jak owe broszurki pana Kosseckiego.
Miałem pisać znów o Batorym, a wyszedł mi tekścik o metodologii. No nic, wracam do tego co ważne, a Państwa proszę o wyrozumiałość. Brak dowodów i źródeł nie stanowi przeszkody w pisaniu i opowiadaniu historii. Naprawdę. Ci, którzy ją dla nas pisali przez ostatnie 200 lat, a których celem było manipulowanie nami lub po prostu okłamanie nas, pozostawili nam wiele wskazówek i znaków, aby do tej ukrytej prawdy dopłynąć. I to takich wskazówek, przy których kod da Vinci blednie. A zatem: sursum corda i do przodu!!!
Łukasz Kołak

Komentarze czytelników (0)




WordPress Blog
Premium WordPress Themes